***
Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie. Mówię do Ciebie dopóki czuję, że Twój Duch mówi za mnie. Przelewam słowa na papier bo boję się, że jutro zbyt łatwo uznam ich wypowiedzenie za emocjonalną potrzebę chwili. To nie są emocje tylko mój fundament. To nie jest przelotne uczucie tylko coś, co demon zbyt często przykrywa ciemną zasłoną gdy ulegam mojej ludzkiej słabości.
Nie chcę Cię oszukiwać. Zbyt prawdopodobne wydaje mi się przypuszczenie, że dwa tysiące lat temu stałbym razem z ludem nawołując, by Cię ukrzyżowano. Za wiele we mnie faryzeusza a za mało dziecka. Nie posiadam w sobie szczenięcej ufności, którą miał względem Ciebie Ksiądz Twardowski. Nie umiem patrzeć na hostię i niczym Ojciec Badeni odróżnić czy to jeszcze kawałek chleba czy już Twoje Ciało. Gdy opowiadam innym o Tobie nie mam w swym spojrzeniu choćby cienia tego żaru, który tli się w oczach Ojca Mikruta gdy mówi kazanie. Nie mam też w sobie nic z młodego Wojtyły - gdy ktoś mnie zdenerwuje na boisku nie umiem nie odpowiedzieć solidną porcją przekleństw.
Nie chodzi mi wcale o porównywanie się lub aspirowanie do bycia uczniem któregokolwiek z wyżej wymienionych. Chodzi mi tylko o to żeby powiedzieć Tobie, że jestem Tomek - po Tomaszu z Akwinu - i mam dla Ciebie tylko puste ręce, które nigdy nie napiszą kolejnej Sumy Teologicznej. Co najwyżej przybiją Cię kolejnym gwoździem do drewnianej belki krzyża. Mówię to Tobie nie dlatego, że Ty o tym nie wiesz - wiedziałeś o tym zanim się urodziłem. Mówię to Tobie bo tego potrzebuję. Bo pozwoliłeś ludziom mówić do siebie ich językiem, choć jesteś Bogiem, którego wielkości oni nie mogą wyrazić słowami. Pozwól mi na ten potok słów, choć pewien mądry syn Franciszka z Asyżu za jakiś czas znów poradzi mi, by częściej zdobywać się na milczenie.
Przy okazji - dobrze, że masz takich Franciszków, którzy podtrzymają Cię, gdy z braku powietrza dusisz się na krzyżu. Krzyśka, któremu gdzieś na Śląsku każdego ranka oczy się kleją na porannym rozmyślaniu o Tobie. Dorotę wstępującą na chwilę do kaplicy przy Robotniczej żeby sprawdzić, czy jesteś u siebie (lub żeby umyć Ci tam podłogę). Małego Kacpra, któremu oczy się świecą z radości jak Dominikowi Savio gdy może służyć do Mszy przy Twoim Ołtarzu.
Widzisz, Panie Jezu, ja też bym chciał móc Cię tak podtrzymywać. Ale chyba ciągle grzeję się razem z Piotrem przy świątynnym ognisku i udaję, że Ciebie nie znam. Oczywiście potem razem z nim cieszę się, że umarłeś za moje grzechy i zmartwychwstałeś (zwłaszcza gdy przy spowiedzi dźwigasz mnie z mej nędzy). A później obaj pytamy się Ciebie: Quo vadis, Domine? - w momencie gdy przestraszeni uciekamy z Rzymu. Piotr stanął na wysokości zadania i dzięki Twej łasce ostatecznie został świętym. A ja? A mi się wydaje, że kocham Cię właśnie na jego trochę ułomny sposób, bo przecież nie tak wiernie i czule jak Apostoł Jan lub niewiasty spod krzyża.
Ale wiesz, Panie Jezu - jeśli nie umiem Cię kochać jak Jan, to wiedz, że boję się zostać męczennikiem jak Piotr. Jeśli nie umiem Cię kontemplować jak umiłowany uczeń, to wiedz, że jeśli chodzi o miłość wyrażoną czynem jest mi bardzo daleko do pierwszego papieża.
Nie chcę Cię oszukiwać. Zbyt prawdopodobne wydaje mi się przypuszczenie, że dwa tysiące lat temu stałbym razem z ludem nawołując, by Cię ukrzyżowano. Za wiele we mnie faryzeusza a za mało dziecka. Nie posiadam w sobie szczenięcej ufności, którą miał względem Ciebie Ksiądz Twardowski. Nie umiem patrzeć na hostię i niczym Ojciec Badeni odróżnić czy to jeszcze kawałek chleba czy już Twoje Ciało. Gdy opowiadam innym o Tobie nie mam w swym spojrzeniu choćby cienia tego żaru, który tli się w oczach Ojca Mikruta gdy mówi kazanie. Nie mam też w sobie nic z młodego Wojtyły - gdy ktoś mnie zdenerwuje na boisku nie umiem nie odpowiedzieć solidną porcją przekleństw.
Nie chodzi mi wcale o porównywanie się lub aspirowanie do bycia uczniem któregokolwiek z wyżej wymienionych. Chodzi mi tylko o to żeby powiedzieć Tobie, że jestem Tomek - po Tomaszu z Akwinu - i mam dla Ciebie tylko puste ręce, które nigdy nie napiszą kolejnej Sumy Teologicznej. Co najwyżej przybiją Cię kolejnym gwoździem do drewnianej belki krzyża. Mówię to Tobie nie dlatego, że Ty o tym nie wiesz - wiedziałeś o tym zanim się urodziłem. Mówię to Tobie bo tego potrzebuję. Bo pozwoliłeś ludziom mówić do siebie ich językiem, choć jesteś Bogiem, którego wielkości oni nie mogą wyrazić słowami. Pozwól mi na ten potok słów, choć pewien mądry syn Franciszka z Asyżu za jakiś czas znów poradzi mi, by częściej zdobywać się na milczenie.
Przy okazji - dobrze, że masz takich Franciszków, którzy podtrzymają Cię, gdy z braku powietrza dusisz się na krzyżu. Krzyśka, któremu gdzieś na Śląsku każdego ranka oczy się kleją na porannym rozmyślaniu o Tobie. Dorotę wstępującą na chwilę do kaplicy przy Robotniczej żeby sprawdzić, czy jesteś u siebie (lub żeby umyć Ci tam podłogę). Małego Kacpra, któremu oczy się świecą z radości jak Dominikowi Savio gdy może służyć do Mszy przy Twoim Ołtarzu.
Widzisz, Panie Jezu, ja też bym chciał móc Cię tak podtrzymywać. Ale chyba ciągle grzeję się razem z Piotrem przy świątynnym ognisku i udaję, że Ciebie nie znam. Oczywiście potem razem z nim cieszę się, że umarłeś za moje grzechy i zmartwychwstałeś (zwłaszcza gdy przy spowiedzi dźwigasz mnie z mej nędzy). A później obaj pytamy się Ciebie: Quo vadis, Domine? - w momencie gdy przestraszeni uciekamy z Rzymu. Piotr stanął na wysokości zadania i dzięki Twej łasce ostatecznie został świętym. A ja? A mi się wydaje, że kocham Cię właśnie na jego trochę ułomny sposób, bo przecież nie tak wiernie i czule jak Apostoł Jan lub niewiasty spod krzyża.
Ale wiesz, Panie Jezu - jeśli nie umiem Cię kochać jak Jan, to wiedz, że boję się zostać męczennikiem jak Piotr. Jeśli nie umiem Cię kontemplować jak umiłowany uczeń, to wiedz, że jeśli chodzi o miłość wyrażoną czynem jest mi bardzo daleko do pierwszego papieża.
Jednak miłuję Cię tak jak potrafię, tak jak może miłować mężczyzna mężczyznę - bo przecież w mężczyznę wcieliłeś się przed dwoma tysiącami lat. Miłuję Cię więc jak starszego brata, którego nigdy nie miałem - bo sam musiałem nim być. Miłuję jak młody wojownik dowódcę zdolnego i dobrego dla swej armii. Jak uczeń mistrza. Jak przyjaciel przyjaciela. Wreszcie, co najważniejsze - jak sługa swojego Pana. I proszę Cię, ulituj się nade mną grzesznikiem, bo bez Ciebie nie dam rady.
I jeszcze jedna sprawa o której muszę powiedzieć. Trochę mi czasem głupio przed Janem Chrzcicielem. On z powodu bycia Twoim prorokiem oddał życie przez kaprys jakiejś kobiety a wcześniej mawiał o sobie, że nie jest godzien zawiązać Ci rzemyka u sandałów. Nie mógł za swego ziemskiego życia zobaczyć Twojego triumfu i uczestniczyć w narodzinach i życiu Kościoła. Ja jestem o wiele mniej godny by wiązać Ci te rzemyki a Ty pozwalasz mi spożywać Twoje Ciało i pić Twoją Krew.
Panie Jezu, kim ja jestem, że mi na to pozwalasz?
***
PS Proszę o wsparcie modlitewne w maju i w czerwcu - czeka mnie ostatnie duże wyzwanie na moich studiach od którego bardzo wiele zależy. Już teraz dziękuję za tą piękną pomoc, jaką jest wstawianie się u Boga za drugim człowiekiem...
PSS A poniżej taka mała piosenka (możliwe, że już linkowałem):
PS Proszę o wsparcie modlitewne w maju i w czerwcu - czeka mnie ostatnie duże wyzwanie na moich studiach od którego bardzo wiele zależy. Już teraz dziękuję za tą piękną pomoc, jaką jest wstawianie się u Boga za drugim człowiekiem...
PSS A poniżej taka mała piosenka (możliwe, że już linkowałem):

