niedziela, 20 maja 2012

Moja modlitwa


Najpierw mała prywata - wydarzenie organizowane w mojej parafii:

***

Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie. Mówię do Ciebie dopóki czuję, że Twój Duch mówi za mnie. Przelewam słowa na papier bo boję się, że jutro zbyt łatwo uznam ich wypowiedzenie za emocjonalną potrzebę chwili. To nie są emocje tylko mój fundament. To nie jest przelotne uczucie tylko coś, co demon zbyt często przykrywa ciemną zasłoną gdy ulegam mojej ludzkiej słabości.

Nie chcę Cię oszukiwać. Zbyt prawdopodobne wydaje mi się przypuszczenie, że dwa tysiące lat temu stałbym razem z ludem nawołując, by Cię ukrzyżowano. Za wiele we mnie faryzeusza a za mało dziecka. Nie posiadam w sobie szczenięcej ufności, którą miał względem Ciebie Ksiądz Twardowski. Nie umiem patrzeć na hostię i niczym Ojciec Badeni odróżnić czy to jeszcze kawałek chleba czy już Twoje Ciało. Gdy opowiadam innym o Tobie nie mam w swym spojrzeniu choćby cienia tego żaru, który tli się w oczach Ojca Mikruta gdy mówi kazanie. Nie mam też w sobie nic z młodego Wojtyły - gdy ktoś mnie zdenerwuje na boisku nie umiem nie odpowiedzieć solidną porcją przekleństw.

Nie chodzi mi wcale o porównywanie się lub aspirowanie do bycia uczniem któregokolwiek z wyżej wymienionych. Chodzi mi tylko o to żeby powiedzieć Tobie, że jestem Tomek - po Tomaszu z Akwinu - i mam dla Ciebie tylko puste ręce, które nigdy nie napiszą kolejnej Sumy Teologicznej. Co najwyżej przybiją Cię kolejnym gwoździem do drewnianej belki krzyża. Mówię to Tobie nie dlatego, że Ty o tym nie wiesz - wiedziałeś o tym zanim się urodziłem. Mówię to Tobie bo tego potrzebuję. Bo pozwoliłeś ludziom mówić do siebie ich językiem, choć jesteś Bogiem, którego wielkości oni nie mogą wyrazić słowami. Pozwól mi na ten potok słów, choć pewien mądry syn Franciszka z Asyżu za jakiś czas znów poradzi mi, by częściej zdobywać się na milczenie.

Przy okazji - dobrze, że masz takich Franciszków, którzy podtrzymają Cię, gdy z braku powietrza dusisz się na krzyżu. Krzyśka, któremu gdzieś na Śląsku każdego ranka oczy się kleją na porannym rozmyślaniu o Tobie. Dorotę wstępującą na chwilę do kaplicy przy Robotniczej żeby sprawdzić, czy jesteś u siebie (lub żeby umyć Ci tam podłogę). Małego Kacpra, któremu oczy się świecą z radości jak Dominikowi Savio gdy może służyć do Mszy przy Twoim Ołtarzu.

Widzisz, Panie Jezu, ja też bym chciał móc Cię tak podtrzymywać. Ale chyba ciągle grzeję się razem z Piotrem przy świątynnym ognisku i udaję, że Ciebie nie znam. Oczywiście potem razem z nim cieszę się, że umarłeś za moje grzechy i zmartwychwstałeś (zwłaszcza gdy przy spowiedzi dźwigasz mnie z mej nędzy). A później obaj pytamy się Ciebie: Quo vadis, Domine? - w momencie gdy przestraszeni uciekamy z Rzymu. Piotr stanął na wysokości zadania i dzięki Twej łasce ostatecznie został świętym. A ja? A mi się wydaje, że kocham Cię właśnie na jego trochę ułomny sposób, bo przecież nie tak wiernie i czule jak Apostoł Jan lub niewiasty spod krzyża.

Ale wiesz, Panie Jezu - jeśli nie umiem Cię kochać jak Jan, to wiedz, że boję się zostać męczennikiem jak Piotr. Jeśli nie umiem Cię kontemplować jak umiłowany uczeń, to wiedz, że jeśli chodzi o miłość wyrażoną czynem jest mi bardzo daleko do pierwszego papieża.
 
Jednak miłuję Cię tak jak potrafię, tak jak może miłować mężczyzna mężczyznę - bo przecież w mężczyznę wcieliłeś się przed dwoma tysiącami lat. Miłuję Cię więc jak starszego brata, którego nigdy nie miałem - bo sam musiałem nim być. Miłuję jak młody wojownik dowódcę zdolnego i dobrego dla swej armii. Jak uczeń mistrza. Jak przyjaciel przyjaciela. Wreszcie, co najważniejsze - jak sługa swojego Pana. I proszę Cię, ulituj się nade mną grzesznikiem, bo bez Ciebie nie dam rady.
 
I jeszcze jedna sprawa o której muszę powiedzieć. Trochę mi czasem głupio przed Janem Chrzcicielem. On z powodu bycia Twoim prorokiem oddał życie przez kaprys jakiejś kobiety a wcześniej mawiał o sobie, że nie jest godzien zawiązać Ci rzemyka u sandałów. Nie mógł za swego ziemskiego życia zobaczyć Twojego triumfu i uczestniczyć w narodzinach i życiu Kościoła. Ja jestem o wiele mniej godny by wiązać Ci te rzemyki a Ty pozwalasz mi spożywać Twoje Ciało i pić Twoją Krew.

Panie Jezu, kim ja jestem, że mi na to pozwalasz?

***

PS Proszę o wsparcie modlitewne w maju i w czerwcu - czeka mnie ostatnie duże wyzwanie na moich studiach od którego bardzo wiele zależy. Już teraz dziękuję za tą piękną pomoc, jaką jest wstawianie się u Boga za drugim człowiekiem...

PSS A poniżej taka mała piosenka (możliwe, że już linkowałem):

niedziela, 13 maja 2012

Zmęczenie

Ostatnio często bywam zmęczony... Zmęczony w sposób raczej pozytywny. Ciągle coś się dzieje, moje życie ma swego rodzaju dynamizm i jakoś nie chce zwalniać. Choć czasem pojawia się pokusa żeby sobie dać z niektórymi sprawami spokój, odpuścić, zrezygnować z jakiejś odpowiedzialności. Ma to miejsce zwłaszcza w błogosławionych chwilach kiedy jako zwykłe stworzenie uświadamiam sobie własną słabość. W takich momentach niczym Mojżesz broniący się przed podjęciem zadania powierzonego mu przez Boga mówię: Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego (Wj 4, 11).

Nic z tego. Bóg nie odpuszcza. On musi być naprawdę wybitnym rzemieślnikiem jeśli umie się posłużyć tak tępym narzędziem jak ja... Niezmiennie zdumiony tym faktem staram się iść tam, gdzie On mi nakazuje.

I tak sobie czasem myślę - jakie to byłoby uczucie spojrzeć na siebie Jego oczami pełnymi miłości?

PS Może byłoby trochę jak w tej piosence? Myślę, że On widzi nasze Prawdziwe Barwy... Kocham ten utwór, mówiłem już?

 

PSS Jeszcze jeden link - jak to oglądam to od razu przychodzi mi ochota by wyjechać na misje... Albo ożenić się z Lindsey Stirling - ale to może być trudniejsze do zrealizowania. Chyba.
 

piątek, 4 maja 2012

Bogactwo Kościoła

Majówka upływa u mnie pod znakiem wypoczynku. Ostatnie dni spędziłem z ojcem Michałem Nowakiem OFMConv na podboju południa Polski. Piękny czas pozwalający nabrać sił i motywacji do pracy, która czeka na mnie w najbliższym czasie. Pełen relaks... Miło było posłuchać Bajora lub dziewczyn z Celtic Woman w trakcie jazdy samochodem (standardowe płyty znajdujące się w aucie o. Michała), zjeść ze smakiem hot doga ze stacji benzynowej, wypić niedobry, gorzki napój gazowany na krakowskiej starówce i zwiedzać te wszystkie mniej lub bardziej historyczne miejsca w które zawędrowaliśmy obuci w sandały (bez skarpetek).

W trakcie naszej wyprawy zatrzymywaliśmy się oczywiście w takich miejscach jak klasztory, plebanie, domy rekolekcyjne. Naszym pierwszym poważnym postojem było Wyższe Seminarium Duchowne Franciszkanów w Łodzi w którym zjedliśmy niedzielny obiad (rosół i kurczak oczywiście) i po którym oprowadził mnie trochę o. Michał (wszak jest absolwentem tej uczelni). Wieczorem dotarliśmy do Częstochowy - w Sanktuarium na Jasnej Górze uczestniczyliśmy w niedzielnej Eucharystii i wieczornym apelu (w trakcie którego niżej podpisany odmówił nawet do mikrofonu jedno "Zdrowaś" - fanki TV Trwam z mojej rodziny z radością odnotowały mój udział w transmisji). Nocleg - po małych przygodach - znaleźliśmy w domu częstochowskich sióstr szarytek.

Po solidnym śnie pojechaliśmy z samego rana pożegnać się z Mamą i ruszyliśmy do Krakowa. Tam przyjęli nas franciszkanie (mieszkający przy słynnej ulicy Franciszkańskiej) w ich krakowskim Wyższym Seminarium Duchownym. Po dwóch dniach spędzonych w dawnej stolicy Polski nie mam żadnych wątpliwości - krakowscy Bracia Mniejsi Konwentualni to niezwykle gościnna wspólnota. Ale na ich klasztorze miasto Smoka Wawelskiego się przecież nie kończy. Razem z Ojcem Michałem przechadzaliśmy się po pięknej starówce, naznaczonym żydowską kulturą Kazimierzu i wielu innych miejscach. Drugiego dnia pobytu w stolicy Małopolski pojechaliśmy z kolei do Muzeum w Oświęcimiu gdzie zwiedziliśmy dwa przerażające Miejsca Pamięci - Auschwitz I i Auschwitz II - Birkenau w których przed laty hitlerowscy mordercy doprowadzili do zagłady wielu Polaków, Żydów i przedstawicieli innych narodowości i gdzie oddali życie męczennicy Kościoła wyniesieni potem na ołtarze - m.in. św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Teresa Benedykta od Krzyża. Straszne jest oświęcimskie muzeum - a jednak warte zobaczenia. Na mnie szczególne wrażenie zrobiła cela, w której o. Maksymilian został zagłodzony na śmierć. Dla wszystkich, którzy zginęli w Auschwitz a nie osiągnęli jeszcze chwały nieba - wieczny odpoczynek racz dać, Panie...

Po powrocie do Krakowa zjedliśmy gigantyczny (i nie tak drogi jak mogłoby się wydawać) obiad Pod Wawelem i zwiedziliśmy jeszcze kilka miejsc (m. in. Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie - Łagiewnikach w którym znajdują się relikwie św. Faustyny). Następnego dnia rano pojechaliśmy do Niepokalanowa - miejsca również związanego z osobą o. Kolbego (po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Liceum i Gimnazjum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie - bardzo piękne miejsce). W Niepokalanowie miałem możliwość obejrzenia relikwii i pamiątek po franciszkańskim męczenniku, odwiedzenia Radia Niepokalanów oraz zwiedzenia tamtejszej Bazyliki. Niestety Opel Corsa, którym podróżowaliśmy, odmówił posłuszeństwa, co postawiło pod znakiem zapytania zaplanowaną przez nas wizytę w Zduńskiej Woli (urodził się tam nie kto inny jak... o. Kolbe). Na szczęście znów pomogli nam bracia Biedaczyny z Asyżu - z ich klasztoru wyjechaliśmy pożyczonym od franciszkanów Oplem Astrą wyposażonym w air conditioner (co nieustannie podkreślał z nieskrywaną radością o. Michał). Ja z kolei cieszyłem się kolejnymi książkami zakupionymi do kolekcji (m. in. nowym dziełem o. Amortha i pana Roberta Italo Zaniniego) i relikwią św. Maksymiliana, którą otrzymałem ku wzrostowi pobożności (a co!). Do Zduńskiej Woli mieliśmy już "z górki".

Tam z kolei przyjęli nas orioniści u których o. Michał głosił w zeszłym roku rekolekcje adwentowe. Po dobrej kolacji wyruszyliśmy z goszczącym nas księdzem Robertem na podbój gorących źródeł w Uniejowie (znajduje się tam mini aquapark). Nie ma to jak wygrzać się w basenie z ciepłą wodą i w gorącej saunie. Coś pięknego. Miło było też posłuchać o tym jak księża ze Zgromadzenia Zakonnego Małego Dzieła Bożej Opatrzności pracują w swojej zduńskowolskiej parafii z młodzieżą i nie tylko. Co tu dużo mówić - Kościół jest żywy i dzieją się w nim piękne rzeczy...

W tym miejscu chciałbym przejść do trochę głębszej refleksji. Wspomniana przeze mnie żywotność Kościoła wypływa m.in. z Jego bogactwa (i nie mam tu na myśli finansów) i wielkiej różnorodności - katolicy zjednoczeni w Chrystusie, wyznający tą samą wiarę, przeżywają swoje chrześcijaństwo według tych samych zasad - a jednak robią to na różny sposób. Stąd obfitość wspólnot, zgromadzeń czy dzieł apostolskich, z których każde jest w jakiś sposób wyjątkowe. Tej obfitości mogłem doświadczyć na minionej majówce i jakby na nowo zachwycić się katolicyzmem. Oczywiście nie wszystko wygląda we wspólnocie ludzi grzesznych tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać po lekturze tego tekstu. O tym, że Kościół przeżywa poważne problemy przypomniała mi choćby rozmowa z ojcem Tomkiem, redemptorystą, który niedawno wrócił z Austrii i obecnie pracuje w Krakowie. Ale nie trzeba jak o. Tomek wyjeżdżać na zachód by się o problemach Kościoła przekonać - to w trakcie minionej majówki usłyszałem kazanie w którym pewien zakonnik sugerował, że naczelnymi sposobami wyrażania szacunku "owieczek" wobec kapłana jest dawanie mu pieniędzy na tacę i bezkrytyczny stosunek do jego zdolności kaznodziejskich (swoją drogą - to było beznadziejne kazanie). Nie trzeba wyjeżdżać na zachód by dostrzec, że nawet w "mieście papieskim" - Krakowie - frekwencja na mszach świętych w dzień powszedni jest dość niska. Nasz kraj (pseudo)katolicki staje się żywym dowodem na to, że dla wielu ochrzczonych Jezus Chrystus nie jest kimś ważnym. Może już niedługo również tutaj kościoły masowo zaczną przeradzać się w muzea, galerie sztuki lub inne miejsca nie mające wiele wspólnego z wiarą?

Ale nie smućmy się z tego powodu zanadto. Chrystus, który jest Dobrym Pasterzem, wie, jak dotrzeć do zagubionego człowieka i jak zatroszczyć się o swoją Oblubienicę - Kościół (w którym wciąż dokonuje się wiele wspaniałych rzeczy). Obiecał przecież, że będzie z nami aż do skończenia świata i zaprosi do swego Królestwa swoje siostry i swoich braci - małych i dużych, młodych i starych, ubogich i zamożnych, prostych i uczonych, świeckich i duchownych... i tak dalej. Jednym słowem wszystkich, którzy odpowiadają pozytywnie na Jego zaproszenie przyjaźni i chcą być członkami rodziny jaką jest wspólnota ludzi wierzących.

Do Elbląga wróciliśmy w Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski. Gdy służyłem do wieczornej Mszy w kościele redemptorystów (jest to w tej parafii dzień odpustu) powiedziałem sobie, że wróciłem do domu. Spojrzałem na obraz Pani Jasnogórskiej znajdujący się nad tabernakulum, pomyślałem o moim Kościele i uświadomiłem sobie, że w jakiś sposób wcale domu nie opuściłem. Kościół jest naszym domem...

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków». Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego». Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie». (Mt 16, 13-19)

Pozdrowienia, Bracie i Siostro!

PS Poniżej linkuję piosenkę, która szczególnie kojarzy mi się z minioną majówką i... naszym Kościołem (cudownie się jej słucha w czasie jazdy autostradą i podziwiania piękna naszego kraju). I am strong, when I am on your shoulders...

środa, 25 kwietnia 2012

Rób po swojemu i giń!

18 rozdział Drugiej Księgi Kronik opisuje sojusz króla judzkiego Jozafata i króla izraelskiego Achaba. Światli Monarchowie uradzili sobie, że wyruszą przeciw Ramot w Gileadzie. Władca judzki poprosił jednak swego sojusznika, by ten poradził się Boga przemawiającego przez proroków. Czterystu (!) prorokujących mężczyzn nie miało wątpliwości, gdy mówili, że Bóg pobłogosławi wyprawie przeciw Aramejczykom, że jest ona wręcz skazana na sukces. Jednak był jeden prorok, który nie wyraził jeszcze podobnego przekonania. Świadczą o tym słowa króla Izraela:  

«Jeszcze jest jeden mąż, przez którego można zapytać Pana. Ale ja go nienawidzę, bo mi nie prorokuje dobrze, tylko zawsze źle. Jest to Micheasz, syn Jimli». 

Mimo tej nienawiści Jozafat przekonuje Achaba, by również Micheasza spytać o Słowo Pańskie. Syn Jimli stający przed królami za nic ma słowa czterystu innych proroków, nic nie robi sobie także z tego, że jego proroctwo będzie niepomyślne dla monarchów. Postanawia mówić tylko to, co przekazał mu Bóg. Nie ukrywa też, że pozostali "widzący" dali się zwieść. W efekcie zostaje spoliczkowany i skazany na karę więzienia. Dalej wydarzenia toczą się szybko - królowie mimo ostrzeżenia Micheasza ruszają do bitwy, król Izraela ginie, z kolei Jozafat dzięki interwencji Bożej uchodzi z życiem. Izraelici ponoszą klęskę by przekonać się, że nie liczą się słowa większości, tylko słowa, które są prawdziwe. 
 
Jozafat i Achab są klasycznymi przykładami ludzi, którzy Bożą wolę chcą dostosować do swoich potrzeb. Micheasz jest z kolei sługą, który woli pozostać wiernym postanowieniom Pana - nawet jeśli z tego powodu poniesie przykre konsekwencje. Choć w tej opowieści nie rusza on do bitwy, to jednak na tle władców Izraela i Judy wypada najmężniej. Walka jest rzeczą potrzebną - jednak nie wtedy, gdy jest jej przeciwny Stwórca. To On jest Panem historii zarówno całego świata, jak i pojedynczego człowieka.

A Ty jak wolisz prowadzić swoje życie? Po Bożemu... czy po swojemu?

niedziela, 22 kwietnia 2012

Wpis wędkarski

„Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego”. (Łk 24, 46-48)

Takie słowa wypowiada w dzisiejszej Ewangelii Jezus Chrystus. Brzmi to pięknie i wzniośle - Syn Boży pokonał śmierć a Jego uczniowie zaniosą tę Dobrą Nowinę całemu światu. Kolejne wieki istnienia Kościoła pokażą, że istotnie znajdzie się wielu chętnych aby pójść za Nim. Słuchać jak naucza w świątyni, biesiadować z Nim na weselu w Kanie, w Jego imię wypędzać złe duchy...

Jednak zasadne jest postawienie pytania - co jeśli kroczenie za Mesjaszem doprowadzi towarzyszących mu śmiałków na Golgotę? Spośród Apostołów tylko św. Jan zaszedł tak daleko. Był wierny do końca. Jeden na dwunastu mężczyzn, którzy byli przecież najbliżej Chrystusa...

Jak wygląda moje chrześcijaństwo? Na pewno łatwo jest iść za Jezusem gdy droga ta obfituje w pociechy, radość, wzniosłe czyny dokonywane na chwałę Boga. Ale czy umiem stanąć pod krzyżem? Czy w swojej wierze dopuszczam możliwość cierpienia, oschłości, doświadczenia pustyni? Czy jestem gotowy na umieranie? Czy może jednak wolę ulec lękowi?

Zawsze przecież można uciec... a potem wrócić do łowienia ryb...

Duccio di Buoninsegna - Jezus objawia się nad Jeziorem Tyberiadzkim